Zanim otworzymy drzwi: Archeologia anglosaskiego rynsztoka, psychologia gniewu i bezpieczny dystans
Zanim uruchomimy naszą lingwistyczną machinę i wyruszymy w duszne, spowite londyńskim smogiem i rozświetlone amerykańskimi neonami zaulki angielszczyzny, musimy na chwilę się zatrzymac. Trzymają Państwo w rękach książkę niezwyklą, a zarazem z gruntu niebezpieczną. Przed nami dluga, wyboista i gęsta od brudu droga przez najciemniejsze, najmniej gościnne zakamarki anglosaskiego leksykonu.
Dlaczego w og le zapraszam Państwa w tę ponurą podr ż? Dlaczego postanowilem poświęcic calą książkę slowom, od kt rych na co dzień odwracamy wzrok, naiwnie udając, że okrucieństwo i furia nie są fundamentem naszej natury?
Napisalem ją, ponieważ glęboko wierzę, że anglojęzyczne inwektywy, wyzwiska i wulgaryzmy to nie jest po prostu bezmyślny, językowy śmietnik ulic Nowego Jorku czy londyńskiego East Endu. To skamieliny. W kolejnych rozdzialach odkryją Państwo, że każde z opisanych tu sl w, zanim stoczylo się na dno lub stalo się potoczną obelgą, mialo swoją absolutnie fascynującą, nierzadko medyczną, arystokratyczną, a nawet teologiczną historię. Chcialem Państwu pokazac, że slowa niecenzuralne podlegają brutalnej ewolucji. Są jak pęknięte lustra, w kt rych od wiek w odbijają się nasze atawistyczne lęki, purytańskie obsesje, mroki eugeniki i upadki wielkich imperi w. Zdzierając z tych wyraz w wulgarną maskę, nie dotkniemy wylącznie rynsztoka - dotkniemy żywej, pulsującej historii zachodniej cywilizacji i najczarniejszych zakamark w ludzkiej psychiki, gdzie rodzi się potrzeba zniszczenia drugiego czlowieka za pomocą samej tylko wibracji powietrza.
Muszę jednak w tym miejscu, tuż przed startem, narysowac wyraźną, grubą linię.
Ta książka nie jest instruktażem. Nie jest slownikiem polowym ani podręcznym arsenalem, z kt rego należy czerpac zardzewialą, zatrutą amunicję do codziennych spor w. Jako autor stanowczo odradzam wyciągania opisanych tu sl w z ich historycznych klatek i używania ich w życiu codziennym.
Za chwilę sami Państwo zobaczą, że wiele z nich to bezlitosne, precyzyjne narzędzia slużące do spolecznej egzekucji, dehumanizacji i zadawania glębokich, jątrzących się psychologicznych ran. Niesie je ogromny, ciężki od stuleci niesprawiedliwości bagaż.
Publikacja ta powstala w jednym, nadrzędnym celu: jako wiwisekcja natury ludzkiej pod mikroskopem lingwistyki. Proszę potraktowac ją jak nocną wizytę w londyńskim Tower lub w muzeum dawnych narzędzi tortur. Będziemy je oglądac z chorobliwą wręcz fascynacją, zbadamy kunszt spolecznego kowala, kt ry je wykul, zrozumiemy bezlitosne mechanizmy ich morderczego dzialania - ale pod żadnym pozorem nie wynośmy ich z gablot, by eksperymentowac na drugim czlowieku. To praca z zakresu patomorfologii języka. Anatom kroi tkankę nie po to, by zadawac b l, lecz by na zimno zrozumiec, co tak naprawdę zabilo pacjenta.
Niech te drapieżne, klujące i ociekające jadem slowa pozostaną na kartach tej książki. Bezpiecznie odizolowane na papierze, niech stanowią jedynie ponury pomnik tego, jak potężna potrafi byc ludzka wyobraźnia, gdy chce skrzywdzic kogoś, kogo nie może uderzyc fizycznie.